
Są takie lata, po których człowiek mówi: „Ale ten czas leci”.
I są takie, po których patrzy na siebie i myśli:
Jakim cudem ja jeszcze stoję?
To był właśnie taki rok.
Dziesięć dni po śmierci mojego teścia moja mama odebrała sobie życie.
Potem przyszły kolejne pożegnania.
A pomiędzy nimi było zwyczajne życie.
Dzieci trzeba było zawieźć do szkoły. Psy wyprowadzić. Lodówkę zapełnić. Odpowiedzieć komuś „wszystko okej”, chociaż nic nie było okej.
Świat miał irytujący zwyczaj kręcenia się dalej.
I właśnie o tym jest ta książka.
Nie napisałam książki o śmierci
Chociaż śmierci jest w niej dużo.
Napisałam książkę o tym, co dzieje się z człowiekiem później.
Kiedy kończy się pogrzeb.
Kiedy przestają przychodzić wiadomości.
Kiedy ludzie wracają do swojego życia, a Ty orientujesz się, że też musisz jakoś wrócić do swojego.
Tylko że Twojego starego życia już nie ma.
Nie chciałam pisać poradnika o żałobie. Nie mam siedmiu etapów, dziesięciu sposobów ani recepty na pogodzenie się ze stratą.
Mam własną historię.
Czasem smutną. Czasem absurdalną. Czasem zupełnie zwyczajną.
Bo nawet w najgorszym okresie mojego życia zdarzało mi się śmiać.
I długo wydawało mi się, że nie powinnam.
Dlaczego ją napisałam?
Przez wiele miesięcy próbowałam zrozumieć, co właściwie wydarzyło się z moim życiem.
Pisanie przyszło później.
Najpierw były pojedyncze wspomnienia. Obrazy. Zdania, które wracały w najmniej odpowiednich momentach.
Czerwony parasol.
Letni deszcz.
Telefon do taty.
Butelka szampana otwarta wieczorem w dniu, w którym znalazłam ciało swojej mamy.
Rzeczy wielkie mieszały się z kompletnie zwyczajnymi.
I właśnie tak chciałam tę historię opowiedzieć.
Bez robienia ze swojej mamy tragedii.
Bez robienia z siebie bohaterki.
Bez udawania, że cierpienie automatycznie uczyniło mnie mądrzejszą.
Napisałam ją, bo zrozumiałam, że historia o najgorszym roku mojego życia jest tak naprawdę historią o czymś zupełnie innym.
O tym, że zostałam.
I musiałam zdecydować, co zrobię z życiem, które zostało mi dalej.
Dla kogo jest ta książka?
Może dla Ciebie, jeśli życie kiedyś wywróciło Ci wszystko do góry nogami.
Jeśli kogoś straciłaś.
Jeśli zaczynałaś od początku, chociaż wcale nie miałaś na to ochoty.
Jeśli masz czterdzieści, pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt lat i coraz częściej zastanawiasz się, czy naprawdę chcesz przeżyć kolejne lata dokładnie tak samo jak poprzednie.
Albo po prostu lubisz prawdziwe historie o ludziach, którzy nie mają wszystkiego poukładanego.
Bo ja zdecydowanie nie mam.
„Rok, który mnie nie zabił” nie jest książką o tym, jak wygrałam z życiem.
Jest o tym, jak dostałam od niego porządnie po dupie, wstałam i zaczęłam zastanawiać się, co teraz.
I chyba właśnie dlatego ją napisałam.