Przez większość dorosłego życia wydawało mi się, że mniej więcej wiem, co robię.
Nie twierdzę, że miałam plan rozpisany w Excelu do emerytury. Bez przesady.
Ale był jakiś schemat.
Praca. Dom. Dzieci. Wakacje. Rachunki. Weekend. Poniedziałek. Znowu praca.
Od czasu do czasu nowe buty, żeby podtrzymać morale.
I przez długi czas to działało.
A potem przestało.
Nie wydarzyło się to jednego konkretnego dnia. Nie obudziłam się rano z dramatycznym: „To nie jest życie, którego chcę!”. Nie spakowałam walizki. Nie wyjechałam na Bali. Nie zaczęłam medytować o piątej rano.
Po prostu coraz częściej pojawiało się jedno pytanie:
Czy ja nadal chcę tak żyć?
I to jest bardzo niewygodne pytanie. Bo znacznie łatwiej zmienia się coś, co jest ewidentnie złe. Jeśli czegoś nienawidzisz, sprawa jest prosta. Przynajmniej teoretycznie.
Ale co zrobić z życiem, które właściwie jest w porządku?
Masz dom. Rodzinę. Pracę. Ludzi, których kochasz. Nie uciekasz przed katastrofą. Po prostu zaczynasz czuć, że plan, który przez lata był twój, zrobił się trochę za ciasny.
Jak jeansy po świętach. Niby nadal można je zapiąć, ale po co się tak męczyć?
Przez lata byłam bardzo dobra w „trzeba”
Trzeba iść do pracy. Trzeba zarabiać. Trzeba ogarnąć dzieci. Trzeba zrobić zakupy. Trzeba pamiętać o wszystkim, o czym wszyscy inni zapomnieli. Trzeba być odpowiedzialnym dorosłym człowiekiem.
I byłam. Nadal jestem.
Tylko któregoś dnia do całej tej listy „trzeba” zaczęło dobijać się bardzo ciche:
A czego ty właściwie chcesz?
No i świetnie. Bo na takie pytanie człowiek powinien chyba mieć jakąś mądrą odpowiedź.
Ja nie miałam.
Wiedziałam za to, czego już nie chcę
I może od tego czasem trzeba zacząć.
Nie chciałam, żeby całe moje życie było czymś, co robię pomiędzy jednym dniem pracy a drugim. Nie chciałam ciągle odkładać rzeczy, które mnie interesują, na moment, kiedy „będzie więcej czasu”, bo zaczęłam podejrzewać, że ten legendarny moment może nigdy nie nadejść.
Nie chciałam też któregoś dnia spojrzeć wstecz i odkryć, że byłam bardzo rozsądna, bardzo odpowiedzialna i kompletnie zapomniałam sprawdzić, czego jeszcze mogłam spróbować.
Nie chodzi o to, żeby wszystko rozwalić. Czasem chodzi tylko o to, żeby zrobić trochę miejsca.
Przez większość życia miałam mnóstwo pomysłów na siebie
Non-stop zmieniałam zdanie co do tego, kim właściwie chcę być, jak dorosnę.
A i tak zawsze kończyłam w tych samych pracach.
Bo zmienić zdanie jest łatwo. Zaryzykować i faktycznie coś ze sobą zrobić, już trochę trudniej.
Uwielbiam kwiaty. Jestem przekonana, że byłabym w tym świetna. Maluję. Piszę. To są rzeczy, w których naprawdę jestem dobra, tylko nigdy nie potraktowałam ich poważnie. Zawsze były na boku, jako coś „dla siebie”, nigdy jako coś, co mogłabym robić.
Nie lubię grafików. Nie lubię chodzenia do pracy na konkretną godzinę, jakby dziewiąta rano była jakąś świętą wartością.
I w zeszłym roku wreszcie do mnie dotarło. Że jeśli chcę coś w życiu zmienić, to najpierw muszę zmienić siebie. Nie plan. Nie pracę. Siebie. Stać się osobą, którą chciałabym być za jakiś czas, zamiast czekać, aż ta osoba pojawi się sama.
Więc zaczęłam robić miejsce
Na pisanie. Na bieganie. Na wyjazdy. Na pomysły, które jeszcze nie wiem, czy są dobre. Na ten blog. Na książkę, która przez długi czas była tylko plikiem w komputerze i myślą: „może kiedyś”.
I przede wszystkim na możliwość zmiany zdania.
To ostatnie okazało się zaskakująco trudne. Bo kiedy przez lata jesteś jakąś wersją siebie, ludzie się do niej przyzwyczajają. Ty też. Wiesz, kim jesteś. Co robisz. Co będzie jutro.
Zmiana burzy ten porządek. Nawet dobra.
Nadal nie mam wielkiego planu
I chyba pierwszy raz w życiu specjalnie mi to nie przeszkadza.
Mam kierunek. Chcę pisać. Chcę stworzyć coś swojego. Chcę mieć więcej czasu na życie poza pracą. Chcę biegać, podróżować, próbować rzeczy, które mnie ciekawią, i czasem zrobić coś tylko dlatego, że mam na to ochotę.
Czy za pięć lat będę robiła dokładnie to samo? Nie mam pojęcia.
Może ten blog będzie wtedy moją pracą. Może będę miała kilka książek. Może wymyślę coś zupełnie innego. A może przeczytam ten tekst i pomyślę: „Boże, Gosia. Co ty kombinowałaś?”.
Wszystkie opcje są możliwe.
Kiedyś brak odpowiedzi bardzo by mnie stresował. Teraz zaczynam myśleć, że może wcale nie trzeba wiedzieć.
Może nie każda zmiana musi zaczynać się od wielkiej decyzji. Czasem wystarczy zauważyć, że coś już nie pasuje. A potem, kawałek po kawałku, zrobić miejsce na coś innego.
Nie wiem jeszcze dokładnie na co.
Ale pierwszy raz od dawna jestem naprawdę ciekawa.
