Urodziłam się w 1984 roku.
Czyli wystarczająco dawno, żeby pamiętać świat bez internetu, ale wystarczająco późno, żeby dzisiaj siedzieć z telefonem w ręce i zastanawiać się, dlaczego rolka, nad którą pracowałam pół godziny, ma 327 wyświetleń, podczas gdy film człowieka otwierającego lodówkę obejrzało dwa miliony osób.
Jesteśmy milenialsami.
Pokoleniem trochę dziwnym, bo jedną nogą stoimy jeszcze w świecie analogowym, a drugą próbujemy nadążyć za światem, który aktualizuje się szybciej niż my.
Dorastaliśmy w latach dziewięćdziesiątych.
I może właśnie dlatego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy.
Nie było smartfonów. Nie było lokalizacji dzieci w aplikacji. Nie było grupy rodziców na WhatsAppie, na której ktoś o 21:43 pytał, czy na jutro trzeba przynieść pudełko po butach, rolkę po papierze i strój rzymskiego legionisty.
Było za to:
– „Idę na dwór”.
– „Wróć przed ciemnym”.
I tyle.
Nikt nie wiedział dokładnie, gdzie jesteśmy.
Czasami my również.
Jeździliśmy na rowerach, chodziliśmy po drzewach, budowaliśmy bazy i piliśmy wodę z kranu, a jeśli ktoś się przewrócił i rozwalił kolano, przykładało się liść babki. Do dzisiaj nie wiem, czy babka naprawdę miała jakiekolwiek właściwości lecznicze, czy po prostu wszystkie polskie dzieci lat dziewięćdziesiątych uczestniczyły w jednym wielkim eksperymencie medycznym.
Nie mieliśmy miliona rzeczy.
I jakoś nigdy nie miałam poczucia, że nie mamy niczego.
Pamiętam świat, którego już nie ma
Pamiętam czerwonego malucha.
Pamiętam niedzielne wyjazdy całą rodziną, śniadania jedzone w piżamach, rosół i dorosłych pijących kawę przy stole.
Pamiętam dzieciństwo, w którym nie robiono zdjęcia każdej chwili.
Dlatego paradoksalnie pamiętam te chwile tak dobrze.
Nie mam siedemnastu fotografii jednego niedzielnego obiadu. Mam może jedną. Trochę wyblakłą, czasami źle wykadrowaną.
Resztę noszę w głowie.
Zapach.
Światło.
Głos mamy.
Tatę z papierosem.
Brata obok.
I siebie, zanim jeszcze wiedziałam, że życie może być jednocześnie tak zwyczajne i tak skomplikowane.
Może dlatego po stracie mamy tak często wracam właśnie tam.
Nie do wielkich wydarzeń.
Do drobiazgów.
Do świata sprzed wszystkiego.
I chyba dopiero jako dorosła kobieta rozumiem, jak ogromnym luksusem była ta zwyczajność.
A potem przyszła przyszłość
Tylko że przyszłość nie przyszła tak, jak nam ją obiecywali.
Nie mamy latających samochodów.
Mamy za to zegarek, który informuje nas, że źle spałyśmy.
Telefon, który wie, ile zrobiłyśmy kroków.
Aplikację, która przypomina, żeby napić się wody.
I kolejną aplikację, która pomaga odpocząć od aplikacji.
Fantastyczny postęp ludzkości.
Pamiętam pierwszy internet. Ten, który wydawał dźwięk, jakby komputer próbował skontaktować się z obcą cywilizacją.
Pamiętam czasy, kiedy telefonu używało się głównie do dzwonienia.
Dzisiaj mam iPhone’a, którym mogę nagrać film w jakości, o jakiej telewizja w moim dzieciństwie mogła pomarzyć, a ja zastanawiam się, czy mam odpowiednie światło do Reelsa.
I chyba właśnie to najlepiej opisuje millenialsów.
My nie urodziliśmy się w cyfrowym świecie. My się go nauczyliśmy.
Krok po kroku.
Od kaset magnetofonowych do Spotify.
Od budki telefonicznej do FaceTime’a.
Od encyklopedii stojącej na półce do sztucznej inteligencji odpowiadającej na pytanie w kilka sekund.
Od zdjęcia, na którego wywołanie czekało się tydzień, do pięćdziesięciu selfie zrobionych po to, żeby ostatecznie żadnego nie wrzucić.
I nie wiem, czy jakiekolwiek inne pokolenie przeżyło aż taką zmianę świata w ciągu jednego dorosłego życia.
Mamy po czterdzieści lat i nadal nie wiemy, kiedy właściwie staliśmy się dorośli
To jest chyba moje ulubione odkrycie dotyczące tego wieku.
Kiedy miałam dwadzieścia lat, wydawało mi się, że kobieta po czterdziestce ma już wszystko poukładane.
Wie, kim jest.
Wie, czego chce.
Ma odpowiednie garnki.
I na pewno pamięta o regularnym rozmrażaniu zamrażarki.
Mam 42 lata.
Mam dwóch synów, jednego męża i trzy psy.
Mieszkam w Anglii.
Pracowałam, wychowywałam dzieci, odchudzałam się, zaczynałam od nowa, zmieniałam plany, biegałam kilometry, których kiedyś nie wyobrażałam sobie przebiec.
Straciłam ludzi, których byłam pewna, że będę miała przy sobie jeszcze przez wiele lat.
I teraz piszę książki, buduję bloga i próbuję wymyślić, jak chcę przeżyć kolejną część swojego życia.
Czyli generalnie wszystko zgodnie z planem.
Tylko plan zmienił się jakieś siedemnaście razy.
Nas wychowywano trochę inaczej
Myślę czasem o różnicy między dzieciństwem moim i moich synów.
Nie chodzi o to, że nasze było lepsze.
To zbyt łatwe.
Każde pokolenie idealizuje własne dzieciństwo i patrzy podejrzliwie na następne.
Ale nasze było inne.
Dorośli nie pytali nas bez przerwy, jak się czujemy.
O emocjach mówiło się niewiele.
O zdrowiu psychicznym jeszcze mniej.
Trzeba było być silnym.
Dać sobie radę.
Nie przesadzać.
Wstać i iść dalej.
I część tej odporności bardzo sobie cenię.
Naprawdę.
Ale dzisiaj wiem też, że „dawanie sobie rady” nie zawsze oznaczało, że naprawdę sobie radziliśmy.
Czasami oznaczało tylko, że nikt nie pytał.
Moje pokolenie stoi więc w bardzo ciekawym miejscu.
Wychowano nas według starych zasad, ale własne dzieci próbujemy wychowywać już trochę inaczej.
Uczymy je mówić o rzeczach, których sami nie umieliśmy nazwać.
A przy okazji uczymy się tego razem z nimi.
Jesteśmy pokoleniem „powinno być już dobrze”
Masz czterdzieści lat.
Powinnaś mieć karierę.
Dom.
Oszczędności.
Plan emerytalny.
Dobre małżeństwo.
Zdrowe dzieci.
Płaski brzuch.
Pasje.
Przyjaciół.
I najlepiej jeszcze robić sourdough.
Tymczasem wielu z nas siedzi wieczorem na kanapie i myśli:
Czy ja w ogóle dobrze prowadzę to życie?
Bo dostaliśmy bardzo konkretną instrukcję.
Ucz się.
Pracuj.
Kup dom.
Załóż rodzinę.
Pracuj jeszcze więcej.
A potem któregoś dnia orientujesz się, że wykonałaś większość punktów i nadal nie pojawił się wielki napis:
GRATULACJE. WYGRAŁAŚ DOROSŁOŚĆ.
Zamiast tego przychodzą rachunki, problemy, starzejący się rodzice, dzieci, które nagle są prawie dorosłe, i własne ciało, które zaczyna mieć bardzo zdecydowane opinie na temat spania w złej pozycji.
A życie robi rzeczy, których nie było w instrukcji.
Tylko czasami chciałabym, żeby wszystko trochę zwolniło
Bo współczesny świat jest niesamowity.
Naprawdę.
Mogę mieszkać w Anglii, myśleć po polsku, rozmawiać z rodziną oddaloną o tysiące kilometrów, prowadzić polskiego bloga, pisać książkę, publikować ją bez pytania kogokolwiek o pozwolenie i docierać do ludzi, których nigdy nie spotkałam.
Dziewczynka z lat dziewięćdziesiątych nie uwierzyłaby, że takie rzeczy będą możliwe.
Ale ten świat jest też potwornie głośny.
Cały czas ktoś czegoś od nas chce.
Kliknij.
Kup.
Obejrzyj.
Odpowiedz.
Rozwijaj się.
Ćwicz.
Zarabiaj więcej.
Wyglądaj młodziej.
Bądź bardziej produktywna.
Pij dwa litry wody.
Śpij osiem godzin.
Rób dziesięć tysięcy kroków.
Medytuj.
I koniecznie ogranicz stres.
Najlepiej między 18:30 a 18:45, bo później trzeba zrobić skincare.
Może dlatego coraz bardziej ciągnie mnie do rzeczy prostych.
Do domu.
Lasu.
Psów.
Biegania.
Pisania.
Do rozmów, których nie trzeba nagrywać.
Do chwil, których nie trzeba publikować.
Do ludzi, przy których telefon może leżeć ekranem do dołu.
Rocznik 1984
Czasem myślę, że trafiliśmy na niezwykły moment historii.
Mieliśmy analogowe dzieciństwo.
Cyfrową dorosłość.
I teraz wchodzimy w wiek średni w świecie, w którym sztuczna inteligencja pisze teksty, samochody same parkują, dzieci komunikują się językiem, którego połowy nie rozumiemy, a my nadal pamiętamy numer telefonu do domu rodzinnego sprzed trzydziestu lat.
Jesteśmy trochę pomiędzy.
Za młodzi, żeby powiedzieć: „za moich czasów”, chociaż oczywiście regularnie to robimy.
Za starzy, żeby bez mrugnięcia okiem nagrywać siebie tańczących do telefonu w supermarkecie.
Pamiętamy świat przed internetem, ale nie chcemy z internetu rezygnować.
Potrafimy korzystać ze sztucznej inteligencji, ale nadal kochamy papierowe książki.
Robimy zdjęcia wszystkiego, ale najbardziej tęsknimy za chwilami, z których nie mamy żadnego zdjęcia.
Może właśnie dlatego nie chciałabym urodzić się w innym czasie.
Bo dostałam kawałek starego świata i kawałek nowego.
Pamiętam, jak było wcześniej.
Widzę, jak jest teraz.
I jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej.
Chociaż jednego jestem pewna.
Jeśli moje dzieci kiedyś powiedzą swoim dzieciom:
„Kiedy ja byłem młody, nie było jeszcze…”
usiądę sobie gdzieś obok, zrobię kawę i będę się uśmiechać.
Bo w końcu przyjdzie ich kolej.
A ja być może nadal będę próbowała zrozumieć, dlaczego ten cholerny Reel ma tylko 327 wyświetleń.
