Mieszkam w Anglii wystarczająco długo, żeby narzekać na pogodę, nawet kiedy właściwie nie jest taka zła. Automatycznie mówię „sorry”, gdy ktoś wpada na mnie w sklepie, stoję grzecznie w kolejkach i na pytanie „You alright?” odpowiadam „Yeah, you?”, chociaż żadna z nas nie oczekuje prawdziwej odpowiedzi.
Nauczyłam się też, że można mieć w łazience dwa osobne krany, jeden z wodą lodowatą, drugi z wrzątkiem, i przez lata udawać, że to ma sens.
Ale nadal myślę po polsku.
Po angielsku pracuję, załatwiam sprawy, rozmawiam z ludźmi i brzmię całkiem rozsądnie. Po polsku czuję. Analizuję. Martwię się na zapas i prowadzę w głowie rozmowy, które nigdy się nie wydarzą. Po polsku jestem też znacznie zabawniejsza, chociaż możliwe, że tylko ja tak uważam.
A kiedy jestem naprawdę wkurzona, oba języki łączą siły.
Niektórych emocji po prostu nie da się zmieścić w jednym słowniku.
Dwa domy, żadnego na sto procent
Przez długi czas wydawało mi się, że dom musi być jeden. Powinien mieć konkretny adres, znajomy zapach i ludzi, do których można wrócić bez zapowiedzi. Potem człowiek wyjeżdża za granicę i okazuje się, że sprawa jest trochę bardziej skomplikowana.
Polska jest miejscem, z którego pochodzę. Tam nauczyłam się świata. Tam są smaki, których nie trzeba mi tłumaczyć, żarty, których nie trzeba przekładać, i ludzie pamiętający mnie z czasów, kiedy miałam inne włosy, inne plany i znacznie mniej powodów do zmęczenia.
Anglia jest miejscem, w którym powstało moje dorosłe życie.
Tutaj jest mój dom, moja rodzina, trzy psy i ilość sierści sugerująca, że mamy ich przynajmniej siedem. Tutaj pracowałam, wychowywałam dzieci, płaciłam rachunki, robiłam zakupy, planowałam wakacje i próbowałam ogarnąć, co właściwie przygotować na obiad, żeby nikt nie zapytał, czy jest coś innego.
Tutaj przez lata zarządzałam kawiarnią, ludźmi, dostawami i problemami, które zawsze pojawiały się dokładnie wtedy, kiedy brakowało pracowników. W pracy mówiłam po angielsku, myślałam po polsku, a pod nosem, zależnie od sytuacji, korzystałam z obu języków.
Tutaj też moje dzieci dorastały między dwoma światami. Ich polski czasem brzmi tak, jakby angielski wszedł do środka bez pukania i rozgościł się na kanapie. Zdarza się, że zaczynamy zdanie w jednym języku, kończymy w drugim, a i tak wszyscy wiemy, o co chodzi.
Emigracja nie kończy się po rozpakowaniu walizek
Nikt chyba nie mówi człowiekowi przed wyjazdem, że emigracja nie jest jedną wielką decyzją. To tysiące małych wyborów podejmowanych później.
W jakim języku mówić do dzieci? Gdzie spędzić święta? Do którego kraju powiedzieć „wracam”? Czy dom rodzinny nadal jest twoim domem, jeśli od lat nie masz tam własnej szuflady? Chociaż my już mamy nie tylko szufladę, ale cały pokój i miejsce, do którego możemy wracać bez zapowiedzi. I robimy to bez wahania. Teraz tylko czekam na wystawienie rachunku od mojego brata, bo ostatnio jesteśmy tam naprawdę często.
I dlaczego, kiedy jestem w Polsce, czasem tęsknię za Anglią, a kiedy jestem w Anglii, tęsknię za Polską?
Można mieszkać w jednym kraju i przez całe życie nosić w sobie drugi. Można przyzwyczaić się do angielskiej uprzejmości, a jednocześnie nadal mówić „u nas w Polsce”, jakby człowiek wyszedł tylko na chwilę po mleko.
Można też po latach zauważyć, że już nie jest się dokładnie tą samą osobą, która kiedyś wyjechała. Polska trochę się zmieniła. Anglia trochę mnie zmieniła. A ja stoję gdzieś pomiędzy i próbuję nie robić z tego kryzysu tożsamości przed pierwszą kawą.
Nie wszystko da się przetłumaczyć
Są rzeczy, które łatwiej powiedzieć po angielsku. Angielski potrafi być bezpieczny. Uprzejmy. Pozwala zachować dystans.
„I’m fine” może znaczyć wszystko: od „naprawdę jest dobrze” po „moje życie właśnie się rozpada, ale jesteśmy w kolejce do kasy, więc nie będę cię tym teraz obciążać”.
Polski nie zawsze daje mi taką osłonę.
Po polsku słowa mają większy ciężar. Są bliżej skóry. Może dlatego właśnie po polsku piszę. Nie dlatego, że nie umiałabym opowiedzieć swojej historii po angielsku. Pewnie bym umiała. Tylko nie byłaby do końca moja.
Kiedy umarła moja mama, wszystko wydarzyło się tutaj. W Anglii.
Tutaj jej szukaliśmy. Tutaj ją znalazłam. Tutaj zadzwoniłam do taty i powiedziałam słowa, których żadne dziecko nie powinno mówić. Tutaj musiałam wrócić do domu, spojrzeć na własne dzieci i znaleźć język dla czegoś, czego sama jeszcze nie rozumiałam.
A jednak żałobę przeżywałam po polsku.
Najważniejsze słowa przyszły po polsku. Te wypowiedziane i te, które zostały w gardle. Modlitwa, pożegnanie, wspomnienia z dzieciństwa. Mama pozostała „mamą”. Nie „mum”, nie „mother”. Mamą, jednym z tych słów, których nie da się przełożyć bez utraty czegoś ważnego.
Może właśnie wtedy najmocniej zrozumiałam, że język nie służy tylko do porozumiewania się. Jest miejscem, w którym przechowujemy ludzi.
Kim więc jestem?
Polką mieszkającą w Anglii?
Emigrantką?
Kobietą z dwoma domami i wiecznym dylematem, gdzie spędzić święta?
Chyba wszystkim po trochu.
Mam czterdzieści dwa lata, jednego męża, dwóch synów, trzy psy i zdecydowanie więcej planów niż wolnego czasu. Piszę książki. Biegam. Podróżuję. Uczę się żyć po stracie, ale nie chcę, żeby strata stała się całą moją tożsamością.
Nie zamierzam też opowiadać, że wszystko wydarzyło się „po coś”. Nie wiem, czy się wydarzyło. Nie każda tragedia musi prowadzić do pięknej lekcji zapisanej ozdobną czcionką na Instagramie.
Czasem coś jest po prostu straszne.
A potem człowiek wstaje, robi kawę, wyprowadza psy i jakoś przeżywa kolejny dzień.
Nie stałam się nową, idealną wersją siebie. Nadal odkładam rzeczy na później. Nadal jem czasem byle co, mimo że doskonale wiem, ile powinnam jeść białka. Nadal potrafię narzekać na deszcz, po czym dobrowolnie wyjść w nim pobiegać.
Nadal mam w sobie tamtą dziewczynę z Polski. Tę, która pamięta rodzinny dom, niedzielny rosół, czerwonego malucha i mamę, zanim stała się tragedią.
Mam też kobietę, którą zbudowałam tutaj. W Anglii. Żonę, matkę, menedżerkę, autorkę, biegaczkę, chociaż to ostatnie wciąż czasem brzmi dla mnie podejrzanie poważnie.
Nie muszę już wybierać, która z nich jest prawdziwa.
Obie są.
Polska jest moim domem.
Anglia też nim jest.
Po angielsku mówię „sorry”, zanim jeszcze zdążę sprawdzić, czy rzeczywiście zrobiłam coś złego. Po polsku mówię dzieciom, żeby założyły kurtki, nawet jeśli twierdzą, że nie jest zimno. Piszę po polsku, pracuję po angielsku, śnię różnie.
A przeklinam w obu językach.
Bo czasem jeden to po prostu za mało.
