Nigdy specjalnie nie lubiłam określenia „nowy początek”.
Brzmi pięknie. Czysta kartka. Nowy rozdział. Zostawiasz przeszłość za sobą, bierzesz głęboki oddech i od poniedziałku jesteś zupełnie nową wersją siebie.
Tylko że życie raczej tak nie działa. Przynajmniej moje.
Nie zaczynam od czystej kartki. Moja jest już trochę pomięta, zapisana na marginesach, w kilku miejscach zalana kawą, a niektórych stron najchętniej w ogóle bym nie czytała.
Ale nadal jest moja.
Ostatni rok zmienił w moim życiu bardzo dużo. Była strata. Były momenty, na które nie da się przygotować, nawet jeśli człowiekowi wydaje się, że jest całkiem niezły w radzeniu sobie z trudnymi rzeczami.
Były też zwyczajne dni.
Zakupy. Pranie. Kawa rano. „Mamo, gdzie jest moja bluza?”. Rachunki do zapłacenia. Kolacja, którą ktoś przecież musi zrobić.
I chyba właśnie to zaskoczyło mnie najbardziej. Że świat naprawdę się nie zatrzymuje.
Możesz mieć wrażenie, że twoje życie właśnie rozpadło się na kawałki, a pięć minut później dostajesz powiadomienie, że kurier będzie między 13:42 a 14:42.
Bezczelność życia bywa czasem naprawdę imponująca.
A potem mijają tygodnie. Miesiące. I któregoś dnia orientujesz się, że nie tylko przetrwałaś.
Żyjesz.
Śmiejesz się z czegoś głupiego. Planujesz wyjazd. Kupujesz kolejną rzecz, której absolutnie nie potrzebujesz. Idziesz pobiegać. Zaczynasz myśleć o przyszłości i po raz pierwszy nie czujesz się z tym źle.
Nie dlatego, że zapomniałaś.
Nie dlatego, że wszystko już „przepracowałaś” — swoją drogą, nie wiem, kto wymyślił to słowo, ale brzmi jak coś, co powinno się robić przy biurku od dziewiątej do siedemnastej.
Po prostu nauczyłaś się nieść to ze sobą.
I chyba właśnie w takim miejscu jestem teraz.
Nie mam wielkiego planu na nową siebie. Mam za to kilka pomysłów.
Napisałam książkę i planuję kolejne. Zaczęłam biegać dalej, niż kiedyś chciało mi się chodzić. Coraz częściej zastanawiam się, jak naprawdę chcę, żeby wyglądało moje życie.
Czasem mam odpowiedź. Czasem zmieniam ją trzy razy w ciągu jednego tygodnia.
I założyłam ten blog.
Nie po to, żeby mówić komukolwiek, jak powinien żyć. Naprawdę nie jestem odpowiednią osobą.
Chcę po prostu pisać.
O stracie, ale nie tylko o niej. O zaczynaniu jeszcze raz, choć może właśnie ustaliliśmy, że nie wierzę w zaczynanie od nowa. O życiu w UK, pisaniu książek, bieganiu, podróżach, rodzinie, zmianach i tych wszystkich małych rzeczach, z których ostatecznie składa się większość naszego życia.
Pewnie czasem będzie poważnie. Czasem zupełnie nie.
Bo nawet po najgorszym roku w swoim życiu nadal można śmiać się do łez, pojechać gdzieś bez większego powodu, mieć beznadziejny dzień, wypić dobrą kawę, pokłócić się o głupotę i zastanawiać się przez pół godziny, co zrobić na obiad.
Jedno nie odbiera znaczenia drugiemu.
Nie zaczynam więc od nowa.
Zaczynam tutaj.
Z tym wszystkim, co było. I z całkiem dużą ciekawością tego, co będzie dalej.
